Nie przepadam za siłowniami, zazwyczaj jest tam tłoczno, duszno i jakoś tak nieludzko ozięble, zwłaszcza w tych nowoczesnych fitness klubach, w których aż strach czegoś dotknąć by nie zepsuć czy nie ubrudzić. Nie ma to jak kawałek dobrego żelaza albo na przykład porządna gałąź gdzieś w pobliżu.

Pamiętam czasy, gdzie wspinaczki na drzewo, przedzieranie się przez gęste korony połyskujących w słońcu żółtozielonych liści i wiszenie na gałęziach, wypełniało po brzegi wakacyjne dni, nie pozostawiając miejsca na nudę. Dla nas, dzieciaków ze wsi, był to najlepszy plac zabaw jaki mogliśmy sobie wymarzyć. Potrafiliśmy całe dnie przesiedzieć w swoich bazach, wśród konarów drzew w poczuciu spełnienia i ekscytacji.

I nagle BAM!!! Ni stąd, ni zowąd nadszedł dzień, gdy trzeba było opuścić złociste konary, zejść na ziemię i .. dorosnąć. Już nie wypadało wdrapywać się na drzewa i chodzić cale dnie w umorusanych dresach.

Czytaj dalej…