Człowiekiem jestem i chwile zwątpienia nie są mi obce. Te zdradliwe bestie potrafią niepostrzeżenie wkraść się w codzienność, rujnując wszystko, na co tak ciężko pracowaliśmy. Każdy ma w życiu takie momenty, gdy zwątpienie bierze górę, a to co do tej pory dodawało smaczku szarej egzystencji, traci sens. Naprawdę niebezpiecznie robi się, gdy do zwątpienia dołącza jej bliski krewny – lenistwo, zmora ciężka do wyplewienia jak stonka ziemniaczana na kapuście. Zawistne bestie łatwo nie odpuszczają. W tym momencie zastaliście mnie na polu bitewnym, mam lekką przewagę nad przeciwnikiem, ale jaki będzie tego finał, nie wiem. Słabość do serialu „M jak Miłość”(tak, tego z biedną Hanka i kartonami) zaczyna rujnować mój skrzętnie utkany plan na dzisiaj. Pracy co nie miara, trening popołudniowy też sam się nie zrobi a tu ani ochoty, ani zapału, a Mostowiakowie nie śpią.

W takich chwilach jak ta, z pomocą przychodzi nieoceniony Stallone (tak, ten od trupów i Rockiego), jego słowa jak kubeł zimnej wody w mroźny poranek, skutecznie pobudzają do działania.

“Life’s not about how hard of a hit you can give… it’s about how many you can take, and still keep moving forward.”

Śmiejcie się, ale zazwyczaj tyle mi trzeba, by zwycięsko wyjść, z wydawałoby się bitwy przegranej i odgonić bestie złośliwe. Bo tak naprawdę to bez pasji czuję się jakby ktoś nagle odkolorowal mi świat i pozostawił mnie tak na tej pustyni normalności.

Tylko ostrzegam, po takiej dawce motywacji ciężko usiedzieć na kanapie.

Czytaj dalej…