Ze względu na specjalność albo niespecjalność dzisiejszego dnia, postanowiłam napisać post poświęcony niczemu innemu jak właśnie miłości. Tym razem (tak jak lubię) egoistycznie, o miłości do siebie.

Gdy pada i wieje, a mróz ściska za tyłki, prawdziwi twardziele wychodzą na ulice. Zasiewają błotniste ścieżki i asfaltowe drogi prowadzeni przez pasję i utwierdzeni w swojej wewnętrznej sile. Jedni nazywają ich wariatami, dla inni stają się inspiracją do działania. Bo jak to mówi nasze staropolskie przysłowie „When the going gets tough, the tough get going ”(no może nie takie stare i nie takie polskie).

Pewnie, że fajnie jest sobie pobiegać, gdy pogoda dopisuje, ptaki ćwierkają przyjemną dla ucha melodię a uliczki parkowe przepełnia tłum rozbawionych przechodniów, ale to właśnie takie chłodne deszczowe poranki otwierają całkiem nowe możliwości. Bo gdy z góry pioruny strzelają a woda leje się strumieniami (no dobra, z tymi piorunami to trochę przesadziłam) tylko nieliczni nie zbaczają z wcześniej obranej ścieżki. Utwierdzeni w słuszności swoich działań, niestrudzenie podążają drogą, która z każdym dniem przybliża ich do obranego celu. Dla większości marzenia zawsze pozostaną w sferze fikcji, nie dla nich. Kuloodporni znają swoją wartość i wierzą, że tak prozaiczne sprawy jak pogoda nie pokrzyżują ich planów.

Czytaj dalej…