Zamykam oczy i widzę podbiegi, otwieram – to samo.

Nie, to nie żadna choroba, to przejściowe objawy wczorajszej piątki. A zaczęło się tak: kanapka z marmoradą z fig, kawa, rodzynki i w drogę. Jednej z tych rzeczy niedługo będę żałować, ale o tym później. Arkaloxoli znajduje się 60 km od miejsca, w którym mieszkam, ale ostatnie 20 to kręta wąska droga z licznymi wyżłobieniami.

Zdenerwowana, całkowicie „niedopogadania”, ściskam w kieszeni mapę biegu, szczegółowo analizowaną od tygodnia a w głowie myśli urządzają sobie imprezę bez trzymanki, za moim przyzwoleniem – niestety. Nie wiem, czego mogę się spodziewać, trasa nie łatwa, na pewno dobrego czasu wykręcić tam się nie da, ale dla mnie nieopierzonej amatorki, to i tak miała być szansa na życiówkę a skrycie może nawet na podium.

Czytaj dalej…